Gdynia: Najbardziej polskie z polskich miast. Fenomen, który wyrósł z marzeń i politycznej konieczności

10 lutego 2026 roku Gdynia obchodzi setną rocznicę nadania praw miejskich. To idealny moment, by spojrzeć na jej fenomen nie tylko przez pryzmat modernistycznej architektury, ale także jako na polityczny manifest II RP.

Gdynia: Najbardziej polskie z polskich miast. Fenomen, który wyrósł z marzeń i politycznej konieczności

10 lutego 2026 roku mija dokładnie sto lat, odkąd Gdynia oficjalnie stała się miastem. To nie jest zwykły jubileusz administracyjny. To rocznica tryumfu woli, politycznego wizjonerstwa i społecznego zrywu, który w zaledwie dekadę zamienił kaszubską wieś w nowoczesny port bałtycki. Dziś, spacerując po Skwerze Kościuszki czy analizując rankingi najlepszych miejsc do życia na topflop.pl, często zapominamy, że Gdynia nie powstała z przyczyn naturalnych. Powstała „w kontrze”. Była manifestem niepodległości, oknem na świat i – jak zauważa wielu badaczy – najbardziej polskim z polskich miast, zbudowanym na przekór niemieckiemu wówczas Gdańskowi.

Historia Gdyni to gotowy scenariusz na film sensacyjny, w którym główną rolę grają nie tylko inżynierowie i politycy, ale przede wszystkim tysiące bezimiennych robotników, którzy przybyli nad Bałtyk w poszukiwaniu „polskiego Eldorado”. W setną rocznicę nadania praw miejskich warto zdrapać z „białego miasta” warstwę mitologii i przyjrzeć się temu, co leży pod spodem. Bo Gdynia to nie tylko lśniący modernizm, to także historia trudnych relacji, biedy ukrytej za fasadami i budowania tożsamości w cieniu wielkiej geopolityki.

Polityczny bękart Wersalu czy perła w koronie?

Aby zrozumieć fenomen Gdyni, trzeba cofnąć się do roku 1920. Polska odzyskuje niepodległość, ale jej dostęp do morza jest iluzoryczny. Mamy wąski pas wybrzeża, ale nie mamy portu. Gdańsk, choć formalnie powiązany z Polską unią celną, staje się Wolnym Miastem – tworem politycznie niepewnym, zdominowanym przez ludność niemiecką i władze, które nieustannie rzucają kłody pod nogi odradzającej się Rzeczypospolitej. Strajki dokerów w Gdańsku, blokowanie transportów broni dla walczącej z bolszewikami Polski – to wszystko sprawiło, że w Warszawie zapadła decyzja: musimy mieć własny port. Niezależny, suwerenny, polski.

Wybór padł na małą wioskę rybacką Gdynia. Decyzja ta była podyktowana warunkami geograficznymi, które genialnie rozpoznał inżynier Tadeusz Wenda. To on wskazał dolinę między Kępą Oksywską a Kamienną Górą jako idealne miejsce na port. Jednak sama geografia nie zbudowałaby miasta. Potrzebna była wola polityczna, którą uosabiał Eugeniusz Kwiatkowski. To dzięki nim, wbrew ekonomicznym sceptykom i logistycznym koszmarom, ruszyła budowa, która wkrótce zyskała miano „amerykańskiego tempa”.

Gdynia miała być antytezą Gdańska. Jeśli Gdańsk był stary, hanzeatycki, ceglany i niemiecki, to Gdynia miała być nowa, modernistyczna, jasna i na wskroś polska. Jak informuje Onet, powołując się na reportaże Aleksandry Boćkowskiej, ta „kontra” była fundamentem tożsamości miasta. Gdynia nie ewoluowała powoli przez stulecia. Ona wybuchła. W 1921 roku liczyła nieco ponad tysiąc mieszkańców. W 1939 roku – już ponad 120 tysięcy. Taka skala migracji i urbanizacji była ewenementem na skalę europejską.

Architektura jako język niepodległości

Spacerując dziś ulicą Świętojańską czy 10 Lutego, widzimy to, co architekci nazywają „Gdyńskim Modernizmem”. Ale w latach 20. i 30. XX wieku te budynki nie były tylko stylem architektonicznym. Były deklaracją. Proste bryły, zaokrąglone narożniki nawiązujące do burt okrętów, nadbudówki przypominające mostki kapitańskie, obszerne przeszklenia wpuszczające światło – to wszystko krzyczało: „Jesteśmy nowocześni! Patrzymy w przyszłość!”.

Biel elewacji gdyńskich kamienic miała symbolizować czystość, świeżość i optymizm. Budynki takie jak gmach ZUS (dzisiejszy Urząd Miejski) czy biurowiec PLO stały się ikonami. W przeciwieństwie do historyzującego, ciężkiego stylu dominującego w miastach zaborców, Gdynia wybrała funkcjonalizm. To było miasto projektowane dla człowieka ery maszyny i handlu morskiego.

Warto jednak pamiętać, że ten architektoniczny cud powstawał w pośpiechu. Domy rosły szybciej niż infrastruktura. Często za lśniącą fasadą od ulicy kryły się ciasne podwórka-studnie, a kanalizacja nie nadążała za przyrostem ludności. Mimo to, Gdynia stała się poligonem doświadczalnym dla najlepszych polskich architektów tamtego okresu. To tutaj mogli realizować śmiałe wizje, które w starych tkankach Warszawy czy Krakowa byłyby niemożliwe do wdrożenia.

Mit szklanych domów a rzeczywistość baraków

Obchodząc setną rocznicę nadania praw miejskich, nie sposób uciec od mitologizacji Gdyni. W szkolnych podręcznikach jest to opowieść o sukcesie, o „oknie na świat”. Jednak, jak słusznie zauważa Aleksandra Boćkowska w swoich analizach, Gdynia miała też swoją mroczniejszą stronę. Była miastem ogromnych kontrastów społecznych.

Z jednej strony mieliśmy elegancką Kamienną Górę z willami dyrektorów, oficerów i przemysłowców. Z drugiej – dzielnice biedy, takie jak słynny „Pekin” na Grabówku czy „Drewniana Warszawa”. Tysiące robotników, którzy przybyli budować port, nie miało gdzie mieszkać. Gnieździli się w ziemiankach, barakach skleconych z dykty i skrzyń po towarach. To również była Gdynia – miasto walki o przetrwanie, spekulacji gruntami i drożyzny.

Mit o tym, że „wszyscy byli tu równi”, jest fałszywy. Gdynia była miastem drapieżnego kapitalizmu. Ci, którym się powiodło, pili szampana w „Grand Cafe”. Ci, którym się nie udało, walczyli o chleb w dzielnicach nędzy. Jednak to właśnie ta dynamika, ten pęd do awansu społecznego, nadawał miastu jego unikalny charakter. Tu nikt nie pytał „kim był twój dziadek”, ale „co potrafisz zrobić”. To przyciągało najbardziej przedsiębiorcze jednostki z całego kraju.

Kaszubski fundament pod polskim betonem

W narracji o „najbardziej polskim mieście” często zapomina się o tych, którzy byli tu pierwsi – o Kaszubach. Przed 1920 rokiem Gdynia była wsią kaszubską. Decyzja o budowie portu była dla miejscowej ludności trzęsieniem ziemi. Z dnia na dzień ich świat przestał istnieć. Pola uprawne zamieniono w place budowy, chaty wyburzano pod nowoczesne kamienice, a język kaszubski zaczął ginąć w gwarze przybyszów z centralnej Polski.

Relacje między „starymi” (Kaszubami) a „nowymi” (napływowymi Polakami) nie zawsze były sielankowe. Kaszubi często czuli się wywłaszczani ze swojej ziemi i kultury. Z perspektywy Warszawy budowano „polskie miasto na polskim wybrzeżu”, ale z perspektywy lokalnej była to forma wewnętrznej kolonizacji. Dopiero po latach te dwie tożsamości zaczęły się przenikać, tworząc specyficzny, gdyński mikroklimat, w którym szacunek do morza i twardy charakter są cechami wspólnymi dla wszystkich mieszkańców.

Gdynia w cieniu historii: Wojna i Grudzień ’70

Jako miasto-symbol, Gdynia była solą w oku nazistowskich Niemiec. Podczas II wojny światowej Niemcy próbowali wymazać jej polski charakter, zmieniając nazwę na Gotenhafen i wysiedlając większość polskiej ludności. Port stał się bazą Kriegsmarine (to stąd w ostatni rejs wypłynął „Wilhelm Gustloff”). Jednak tkanka miejska Gdyni, paradoksalnie, ucierpiała mniej niż Warszawa czy Gdańsk. Modernistyczne śródmieście przetrwało, co pozwoliło miastu po wojnie błyskawicznie wrócić do życia.

Okres PRL-u to kolejny rozdział w historii tożsamości miasta. Gdynia stała się oknem na świat w dosłownym tego słowa znaczeniu – to stąd wypływali marynarze PLO, przywożąc towary i nowinki z Zachodu. To tutaj handel walutą i dżinsami kwitł szybciej niż gdziekolwiek indziej. Ale Gdynia zapłaciła też wysoką cenę za swoją odwagę. Grudzień 1970 roku to czarna karta w historii miasta – masakra robotników idących do stoczni wstrząsnęła Polską. To wydarzenie na zawsze naznaczyło tożsamość gdynian, dodając do etosu „budowniczych” etos „walczących”.

Współczesność: 100 lat później

Dziś, w 2026 roku, Gdynia wciąż definiuje się w kontrze, choć już nie tak ostro jak dawniej. Nie musi już udowadniać swojej polskości. Nie musi rywalizować z Gdańskiem na gruncie narodowym, choć rywalizacja gospodarcza i wizerunkowa w ramach Trójmiasta trwa nadal. Gdynia pozycjonuje się jako miasto nowoczesne, wygodne do życia, „miasto z morza i marzeń”, które stawia na jakość życia, design i kulturę (festiwal filmowy, Open’er).

Jednak spacerując dziś po mieście w dniu jego setnych urodzin, warto spojrzeć na nie szerzej. Gdynia to dowód na to, że niemożliwe nie istnieje. Że można zbudować miasto na piasku, jeśli ma się wystarczająco dużo determinacji. To pomnik II Rzeczypospolitej – państwa, które mimo wszystkich swoich wad, potrafiło zdobyć się na gigantyczny wysiłek modernizacyjny.

Czy Gdynia jest nadal „najbardziej polskim z polskich miast”? W pewnym sensie tak. Jest soczewką, w której skupiają się nasze narodowe cechy: romantyzm miesza się tu z pozytywistyczną pracą, ułańska fantazja z inżynierską precyzją, a kompleksy z wielkimi ambicjami. I być może właśnie dlatego, mimo upływu stu lat, Gdynia wciąż tak bardzo fascynuje – bo patrząc na nią, patrzymy trochę na nas samych, na to, co jako naród potrafimy osiągnąć, gdy mamy cel i wolność.

Historia Gdyni uczy nas, że wielkie projekty wymagają ofiar, ale pozostawiają po sobie trwały ślad. Wchodząc w drugie stulecie swojego istnienia, miasto musi zmierzyć się z nowymi wyzwaniami – zmianami klimatu, transformacją energetyczną portu i demografią. Ale mając taki genotyp – genotyp miasta, które powstało z niczego na przekór wszystkim – o przyszłość Gdyni można być spokojnym.

Udostępnij