Występy zespołów grających muzykę taneczną w miejscach o tak monumentalnym znaczeniu i powadze jak opera zawsze budzą pewien dysonans poznawczy. Jednak brytyjska formacja Hot Chip po raz kolejny udowodniła, że granice między „wysoką” kulturą a nieskrępowaną, klubową zabawą są płynne. O tym, jak ikony synth-popu porwały australijską publiczność, piszemy na portalu TopFlop.pl.
Obecność Hot Chip w Concert Hall w ramach obchodów 20-lecia ich działalności scenicznej była wydarzeniem, które zelektryzowało fanów w Sydney. Zespół, znany z łączenia melancholijnych tekstów z euforycznymi bitami, stanął przed wyzwaniem przeniesienia swojej festiwalowej energii do sali słynącej z doskonałej akustyki, ale i zazwyczaj siedzącej publiczności. Alexis Taylor, Joe Goddard i reszta ekipy nie zamierzali jednak pozwolić, by welurowe fotele ograniczały ekspresję zgromadzonych.
Przekrój przez dwie dekady twórczości
Repertuar zaprezentowany podczas australijskiego występu był podróżą przez bogatą dyskografię grupy. Od wczesnych, nieco surowych brzmień, po dopracowane, wielowarstwowe kompozycje z ostatnich płyt. Zespół, który na scenie zamienia się w siedmioosobową orkiestrę syntezatorów i perkusjonaliów, zbudował dramaturgię, która stopniowo wciągała widzów w ich specyficzny świat. To nie był zwykły odczyt listy przebojów, ale przemyślane widowisko, w którym każdy dźwięk miał swoje miejsce.
Jak trafnie zauważa serwis Arts Review, siła Hot Chip polega na ich zdolności do tworzenia „ściany dźwięku”, która w warunkach operowych zyskała zupełnie nowy wymiar. Źródło zwraca uwagę, że momentem przełomowym koncertu było wykonanie kultowego „Over and Over”, które ostatecznie przełamało wszelkie bariery między sceną a widownią, zmuszając nawet najbardziej powściągliwych uczestników do wstania z miejsc.
Euforyczna melancholia pod żaglami
Specyfika muzyki Hot Chip polega na unikalnym balansie emocjonalnym. Z jednej strony mamy do czynienia z potężną dawką endorfin, generowaną przez house’owe rytmy i funkujące basy, z drugiej – charakterystyczny, delikatny wokal Taylora wnosi nutę intymności i refleksji. W przestrzeni Sydney Opera House ten kontrast wybrzmiał ze zdwojoną siłą. Wizualna oprawa koncertu, choć oszczędna w porównaniu do gigantycznych produkcji stadionowych, doskonale korespondowała z architekturą wnętrza, wykorzystując grę świateł do budowania atmosfery niemal religijnego uniesienia.
Muzycy pokazali, że mimo upływu lat, ich chemia sceniczna pozostaje nienaruszona. Wymiana instrumentów, improwizowane sekcje i widoczna radość ze wspólnego grania udzieliła się publiczności. Finał występu, przekształcający dostojną salę koncertową w pulsujący rave, pozostawił uczestników z poczuciem uczestnictwa w czymś więcej niż tylko w kolejnym przystanku na trasie koncertowej. To był dowód na to, że dobra muzyka popowa potrafi rezonować w każdej przestrzeni, wypełniając ją życiem i energią, która jeszcze długo po wybrzmieniu ostatnich akordów unosi się w powietrzu.