Koniec ery domysłów: Departament Sprawiedliwości ujawnia finałowe akta Epsteina. Co wiemy o Trumpie i elitach?

Departament Sprawiedliwości USA opublikował finałowy pakiet akt w sprawie Jeffreya Epsteina, odsłaniając kulisy relacji z Donaldem Trumpem i Elonem Muskiem. Dokumenty z 31 stycznia 2026 r. rzucają nowe światło na skandal, który wstrząsnął elitami.

Koniec ery domysłów: Departament Sprawiedliwości ujawnia finałowe akta Epsteina. Co wiemy o Trumpie i elitach?

W sobotni poranek, 31 stycznia 2026 roku, światowe media obiegła informacja, na którą opinia publiczna czekała od lat. Departament Sprawiedliwości USA (DOJ), realizując postanowienia ustawy o przejrzystości akt Jeffreya Epsteina (Epstein Files Transparency Act), udostępnił opinii publicznej ostatnią, potężną transzę dokumentów. Mowa o ponad trzech milionach stron, 2000 nagrań wideo i 180 tysiącach zdjęć, które miały raz na zawsze zamknąć spekulacje dotyczące powiązań zmarłego w 2019 roku finansisty z polityczną i biznesową elitą świata. Zespół redakcyjny TopFlop.pl śledzi najnowsze doniesienia, analizując każdy wątek tej skomplikowanej układanki, w której – jak się okazuje – nie brakuje nazwisk z pierwszych stron gazet, w tym urzędującego prezydenta Donalda Trumpa, Elona Muska czy brytyjskiej rodziny królewskiej.

Publikacja ta, ogłoszona przez zastępcę prokuratora generalnego Todda Blanche’a, jest efektem legislacyjnej presji i ustawy podpisanej przez samego Donalda Trumpa w listopadzie 2025 roku. Choć administracja zapewniała o pełnej transparentności, sposób ujawnienia materiałów oraz towarzyszące im oświadczenia DOJ wywołały natychmiastową burzę polityczną w Waszyngtonie. Czy dokumenty te stanowią „dymiący pistolet”, czy może są jedynie zbiorem plotek i niezweryfikowanych doniesień, które przez lata gromadziło FBI?

Anatomia „Zrzutu 2026”: Co dokładnie ujawniono?

Skala materiału jest przytłaczająca. W przeciwieństwie do poprzednich, fragmentarycznych publikacji, dzisiejszy zrzut danych obejmuje niemal kompletne archiwum śledcze, w tym notatki z wywiadów, logi lotów, korespondencję mailową oraz – co najbardziej kontrowersyjne – materiały wizualne skonfiskowane z rezydencji Epsteina w Nowym Jorku i na wyspie Little St. James. Todd Blanche podczas konferencji prasowej zaznaczył, że jest to „ostatnia duża publikacja”, która definitywnie kończy proces odtajniania akt.

Warto jednak zauważyć, że transparentność ma swoje granice. Dokumenty są naszpikowane zaczernieniami (redakcjami). Oficjalnym powodem jest ochrona tożsamości ofiar, jednak grupy reprezentujące ocalałych podnoszą alarm, twierdząc, że sposób cenzurowania akt w rzeczywistości chroni sprawców, a ofiary wystawia na ponowną traumatyzację. To paradoks, który towarzyszy sprawie Epsteina od samego początku: walka o prawdę często zderza się z biurokratycznym murem i prawniczymi wybiegami.

Wśród ujawnionych materiałów znalazły się m.in. projekty aktów oskarżenia z połowy lat 2000., które nigdy nie trafiły do sądu. Jeden z nich, przygotowany przez prokuratorów federalnych na Florydzie, zawierał aż 30 zarzutów kryminalnych, w tym handel ludźmi i spisek. Dokumenty te rzucają nowe światło na to, jak system sprawiedliwości zawiódł ofiary dwie dekady temu, pozwalając Epsteinowi na zawarcie niesławnej ugody „non-prosecution agreement”.

Wątek Donalda Trumpa: 24 wzmianki i „sensacyjne roszczenia”

Największe emocje budzi oczywiście wątek prezydenta Donalda Trumpa. Jak informuje CNN w swojej dzisiejszej analizie, nazwisko Trumpa pojawia się w nowo ujawnionych aktach około dwudziestu czterech razy. Kontekst tych wzmianek jest zróżnicowany – od relacji czysto towarzyskich po oskarżenia o charakterze, który Departament Sprawiedliwości określił mianem „obscenicznych”.

Kluczowym elementem dzisiejszej publikacji jest jednak oficjalny list dołączony do akt przez DOJ. Prokuratura wprost stwierdza, że „niektóre dokumenty zawierają nieprawdziwe i sensacyjne twierdzenia przeciwko prezydentowi Trumpowi, które zostały przekazane FBI tuż przed wyborami w 2020 roku”. To bezprecedensowe zastrzeżenie ze strony organów ścigania, które zdaje się sugerować, że część materiałów dowodowych może być wynikiem dezinformacji lub celowej próby zaszkodzenia wizerunkowi polityka.

Dokumenty potwierdzają to, co Trump wielokrotnie powtarzał w swojej obronie: że znał Epsteina jako „człowieka bywającego w Palm Beach”, ale zerwał z nim kontakty. W aktach znajduje się potwierdzenie incydentu z wyrzuceniem Epsteina z klubu Mar-a-Lago, co linia obrony prezydenta wykorzystuje jako dowód na brak współudziału w przestępczym procederze. Niemniej jednak, w gąszczu maili i zeznań pojawiają się opisy wspólnych imprez z lat 90., w tym wydarzeń z udziałem modelek Victoria’s Secret, co dla krytyków prezydenta pozostaje dowodem na moralną dwuznaczność tych relacji.

Elon Musk i „najdziksza impreza”

Zupełnie nowym i zaskakującym wątkiem w dokumentach z 2026 roku jest korespondencja dotycząca Elona Muska. Wcześniejsze doniesienia medialne rzadko łączyły założyciela Tesli z Epsteinem w tak bezpośredni sposób. Tymczasem w ujawnionej korespondencji mailowej z listopada 2012 roku znajduje się wymiana zdań, w której Musk rzekomo pyta o to, „który dzień/noc będzie najdzikszą imprezą na wyspie”.

Epstein w odpowiedzi pytał o logistykę przylotu helikopterem. Musk, według dokumentów, miał odpowiedzieć, że przyleci prawdopodobnie tylko ze swoją ówczesną partnerką. Choć sam Musk wielokrotnie zaprzeczał, by kiedykolwiek odwiedził niesławną wyspę Little St. James, a w przeszłości twierdził, że odrzucał zaproszenia Epsteina, treść tych maili stawia pod znakiem zapytania dotychczasową narrację miliardera. Nie ma w dokumentach dowodów na to, by Musk był świadkiem lub uczestnikiem przestępstw seksualnych, jednak sam fakt tak swobodnej korespondencji z Epsteinem na temat „dzikich imprez” może wpłynąć na wizerunek technologicznego magnata.

Melania Trump: Tajemniczy mail „Love, Melania”

Kolejną sensacją, która wyłania się z 3 milionów stron akt, jest e-mail z 2002 roku. Wiadomość skierowana do Ghislaine Maxwell, wieloletniej partnerki i wspólniczki Epsteina, została podpisana słowami „Love, Melania”. Treść maila jest serdeczna – autorka dziękuje za „miłą historię o JE w magazynie NY”, komplementuje zdjęcie Maxwell i wyraża chęć spotkania po powrocie do Nowego Jorku.

Choć nadawca i odbiorca zostali w procesie redakcji częściowo ukryci, zbieżność imienia oraz kontekst towarzyski (Melania Knauss była wówczas partnerką Donalda Trumpa) sugerują, że przyszła Pierwsza Dama utrzymywała przyjacielskie relacje z kobietą, która obecnie odsiaduje wyrok 20 lat więzienia za handel ludźmi. To rzuca nowe światło na sieć powiązań towarzyskich ówczesnej elity Nowego Jorku, w której Epstein i Maxwell funkcjonowali jako centralne postacie, akceptowane i lubiane przez establishment.

Pałac Buckingham na celowniku: Zaproszenie dla Księcia Andrzeja

Dokumenty przynoszą również nowe, kompromitujące informacje dla brytyjskiej rodziny królewskiej. Ujawniona korespondencja sugeruje, że Książę Andrzej nie tylko utrzymywał kontakt z Epsteinem po jego pierwszym skazaniu w 2008 roku, ale wręcz zapraszał go do Pałacu Buckingham. W jednym z maili, datowanym na okres po zwolnieniu Epsteina z aresztu domowego, „The Duke” (zidentyfikowany jako Książę Andrzej) proponuje „obiad w Pałacu Buckingham i dużo prywatności”.

To uderzenie w linię obrony księcia, który w katastrofalnym wywiadzie dla BBC w 2019 roku twierdził, że odwiedził Epsteina w Nowym Jorku jedynie po to, by osobiście zerwać znajomość. Nowe akta wskazują na znacznie większą zażyłość i kontynuowanie relacji w czasie, gdy Epstein był już zarejestrowanym przestępcą seksualnym. Dokumenty wspominają również o Sarze Ferguson, byłej żonie Andrzeja, która w mailach dziękowała Epsteinowi za bycie „bratem, którego zawsze pragnęła” i wsparcie finansowe.

Ofiary kontra System: Problem redakcji i „wtórna wiktymizacja”

Podczas gdy media skupiają się na nazwiskach celebrytów, organizacje zrzeszające ofiary Epsteina podnoszą alarm dotyczący sposobu, w jaki DOJ przeprowadził ten proces. Zamiast pełnej transparentności, mamy do czynienia z selektywnym ujawnianiem informacji. Adwokaci ofiar wskazują, że w wielu miejscach dane umożliwiające identyfikację pokrzywdzonych zostały usunięte niedbale lub w sposób, który pozwala na ich deanonimizację przez internetowych śledczych, podczas gdy nazwiska potencjalnych wpływowych sprawców pozostają ukryte pod czarnymi paskami.

W oświadczeniu opublikowanym równolegle z „zrzutem” dokumentów, grupa ocalałych stwierdziła: „To, co jest sprzedawane jako transparentność, w rzeczywistości jest kolejnym aktem zdrady. System po raz kolejny chroni możnych tego świata, wystawiając nas na widok publiczny”. Jest to oskarżenie o tyle poważne, że ustawa „Epstein Files Transparency Act” miała służyć właśnie zadośćuczynieniu i prawdzie, a nie politycznej grze teczkami.

Polityczny kontekst: Dlaczego teraz?

Data publikacji – 31 stycznia 2026 roku – nie jest przypadkowa. To moment, w którym administracja Trumpa stara się zamknąć niewygodne rozdziały przed kolejnymi wyzwaniami politycznymi. Ujawnienie dokumentów teraz, z wyraźnym zaznaczeniem przez Departament Sprawiedliwości, że roszczenia wobec prezydenta są „bezpodstawne”, może być próbą ostatecznego oczyszczenia przedpola.

Dla Demokratów, którzy krytykują DOJ za przetrzymywanie części akt (szacuje się, że miliony stron wciąż mogą być utajnione ze względu na „bezpieczeństwo narodowe” lub inne klauzule), dzisiejsza publikacja jest niewystarczająca. Oskarżają oni administrację o to, że pod płaszczykiem transparentności dokonano selekcji materiału, który jest bezpieczny dla obecnego układu władzy. Z kolei Republikanie wskazują na obecność w aktach nazwisk związanych z obozem demokratycznym, w tym Billa Clintona (który w aktach pojawia się wielokrotnie, choć bez bezpośrednich zarzutów karnych), jako dowód na ponadpartyjny charakter „siatki Epsteina”.

Co dalej z „Listą Epsteina”?

Czy dzisiejsza publikacja kończy sprawę? Formalnie tak – Departament Sprawiedliwości zamyka temat. Jednak w sferze publicznej i medialnej analiza 3 milionów stron zajmie miesiące, jeśli nie lata. Dziennikarze śledczy, amatorzy OSINT-u i prawnicy dopiero rozpoczynają żmudny proces łączenia faktów, dat i nazwisk ukrytych w gąszczu biurokratycznego języka.

Wiele wskazuje na to, że sprawa Epsteina pozostanie otwartą raną amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Brak procesu karnego (z powodu śmierci oskarżonego) i brak pociągnięcia do odpowiedzialności „współpracowników” (poza Ghislaine Maxwell) sprawia, że dokumenty te są jedyną formą sprawiedliwości dziejowej, na jaką możemy liczyć. Nawet jeśli nie przyniosą one nowych aktów oskarżenia, stanowią one trwały zapis moralnego upadku elit przełomu XX i XXI wieku, który na zawsze zmienił postrzeganie władzy i pieniądza.

Udostępnij