Marian Kasprzyk Nie Żyje. Ostatnia Runda Mistrza, Który Walczył z Cieniem i Historią

Polski sport pogrążył się w żałobie. 2 lutego 2026 roku odszedł Marian Kasprzyk, mistrz olimpijski z Tokio i jedna z najbarwniejszych postaci w historii naszego pięściarstwa.

Marian Kasprzyk Nie Żyje. Ostatnia Runda Mistrza, Który Walczył z Cieniem i Historią

Polski sport obudził się dzisiaj w innej, smutniejszej rzeczywistości. Z Bielska-Białej nadeszła wiadomość, której obawialiśmy się od dawna, a której nadejście definitywnie zamyka pewien złoty rozdział w historii naszego olimpizmu. Nie żyje Marian Kasprzyk. Człowiek-symbol, wojownik o żelaznej woli i skomplikowanym życiorysie, który mógłby posłużyć za scenariusz niejednego filmu sensacyjnego. Mistrz olimpijski z Tokio, brązowy medalista z Rzymu, a przede wszystkim postać, która udowodniła, że w ringu, tak jak w życiu, najważniejsze jest to, by wstać po najcięższym nokaucie.

Dla młodszego pokolenia fanów, którzy śledzą współczesny świat sportu na topflop.pl, postać Kasprzyka może wydawać się odległa, niczym czarno-białe kroniki filmowe. Jednak bez niego, bez „chłopaków Papy Stamma”, polski sport nie miałby swojej tożsamości. Kasprzyk był ucieleśnieniem polskiej szkoły boksu – technicznej, ale i opartej na niesamowitym charakterze.

Ziębice, Więzienie i Olimpijski Olimp

Urodzony 22 września 1939 roku w Kołomani koło Kielc, Marian Kasprzyk od początku nie miał łatwo. Jego dzieciństwo przypadło na czasy wojenne, a młodość na trudne lata odbudowy kraju w cieniu stalinizmu. Boks stał się dla niego, jak dla wielu chłopaków z tamtych lat, przepustką do lepszego świata, ale też wentylem bezpieczeństwa dla kipiącej energii. Karierę zaczynał w Sparcie Ziębice, by szybko przenieść się do Nysy Kłodzko, a ostatecznie zakotwiczyć w BBTS Bielsko-Biała, z którym związał się na całe życie.

Ziębice, Więzienie i Olimpijski Olimp
Ziębice, Więzienie i Olimpijski Olimp

Jego talent eksplodował błyskawicznie. Już w 1960 roku, mając zaledwie 21 lat, pojechał na Igrzyska Olimpijskie do Rzymu. Włochy były dla Polaków szczęśliwe, ale i pechowe. Kasprzyk w wadze lekkopółśredniej szedł jak burza, dochodząc do półfinału. Tam jednak przegrał, zdobywając brązowy medal. Dla debiutanta był to ogromny sukces, ale ambicja Kasprzyka sięgała znacznie wyżej. Niestety, wkrótce po powrocie do kraju, jego kariera zawisła na włosku, a on sam stanął przed sądem, nie ringowym, lecz powszechnym.

Incydent z 1961 roku stał się częścią jego legendy. Bójka w obronie honoru, w której ucierpiał funkcjonariusz milicji, skończyła się dla wicemistrza Europy wyrokiem więzienia. W tamtych czasach uderzenie przedstawiciela władzy ludowej było przestępstwem, które mogło zniszczyć każdego. Kasprzyk trafił za kraty, a Polski Związek Bokserski nałożył na niego dożywotnią dyskwalifikację. Wydawało się, że to koniec. Że talent na miarę światową zmarnuje się w celi.

Cud w Tokio: Złoto ze Złamanym Kciukiem

Historia Mariana Kasprzyka to jednak opowieść o odkupieniu. Wstawiennictwo legendarnego trenera Feliksa „Papy” Stamma, który widział w krnąbrnym chłopaku materiał na mistrza, sprawiło, że karę skrócono, a dyskwalifikację cofnięto tuż przed Igrzyskami w Tokio w 1964 roku. Stamm zaryzykował swój autorytet, by zabrać Kasprzyka do Japonii. I nie pomylił się.

Tokijski turniej to absolutny szczyt polskiego boksu, a występ Kasprzyka w wadze półśredniej jest jego koronnym klejnotem. W drodze do finału pokonał kolejno Misaela Vilugrona z Chile, Sikuru Alimi z Nigerii, Kichijiro Hamadę z Japonii i Silvano Bertiniego z Włoch. W finale czekał na niego faworyzowany Ricardas Tamulis ze Związku Radzieckiego, trzykrotny mistrz Europy, technik doskonały.

Dramaturgia tego pojedynku jest do dziś omawiana przez historyków sportu. Już w pierwszej rundzie Kasprzyk złamał kciuk prawej ręki. Ból był paraliżujący. W przerwie Stamm, widząc grymas na twarzy swojego podopiecznego, powiedział krótko: „Pokaż, że masz charakter. Lewą masz zdrową, bij lewą!”. I Kasprzyk bił. Zmienił taktykę, walczył z odwrotnej pozycji, myląc utytułowanego rywala. Wygrał ten pojedynek sercem, determinacją i tą słynną „lewą”, która przeszła do historii. Złoty medal olimpijski stał się faktem, a Marian Kasprzyk udowodnił, że nie ma sytuacji bez wyjścia.

Życie Po Gongu: Walka o Zdrowie i Duszę

Po zakończeniu kariery w 1976 roku, Kasprzyk nie zniknął ze świata sportu, choć jego losy toczyły się różnie. Jak informuje sport.fakt.pl, legenda polskiego boksu zmarła w wieku 86 lat, pozostawiając po sobie pustkę, której nie da się wypełnić. Warto jednak pamiętać, że jego najtrudniejsza walka rozegrała się wcale nie w ringu, a w szpitalnej sali w 1992 roku.

Wtedy to zdiagnozowano u niego nowotwór przełyku i żołądka. Lekarze dawali mu niewielkie szanse. Kasprzyk, który całe życie polegał na sile swoich pięści, tym razem musiał odnaleźć siłę ducha. Przeżył skomplikowaną operację, po której – jak sam wielokrotnie podkreślał – nastąpił zwrot w jego życiu duchowym. Nawrócił się, stał się człowiekiem głęboko wierzącym, codziennie odmawiającym różaniec. Często powtarzał, że „wygrał drugie życie”. To nawrócenie było dla niego równie ważne, co medale olimpijskie. W ostatnich latach można go było spotkać w Bielsku-Białej, zawsze uśmiechniętego, chętnego do rozmowy, choć już schorowanego.

Ikona Kultury

Marian Kasprzyk był inspiracją nie tylko dla sportowców. Jego życiorys stał się kanwą dla filmu „Bokser” z 1966 roku w reżyserii Juliana Dziedziny, gdzie w rolę inspirowaną Kasprzykiem wcielił się Daniel Olbrychski. To rzadki przypadek, by sportowiec jeszcze w trakcie swojej aktywności stał się bohaterem popkultury. Jego historia – od „chuligana” do bohatera narodowego – idealnie rezonowała z polskim etosem walki z przeciwnościami losu.

Był ostatnim z wielkich mistrzów tamtej ery. Po śmierci Jerzego Kuleja i Józefa Grudnia, Kasprzyk pozostawał żywym pomnikiem złotej ery Stamma. Jego odejście to symboliczny koniec czasów, gdy polski boks trząsł światowymi ringami, a polski hymn w Tokio grano częściej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

Pamięć, Która Nie Przeminie

Wiadomość o śmierci Mariana Kasprzyka jest wstrząsem, mimo jego podeszłego wieku. Odszedł człowiek, który miał w sobie ten rzadki pierwiastek autentyczności. Nie był pomnikowy w spiżowym znaczeniu tego słowa – był ludzki, z błędami, upadkami i wielkimi wzlotami. Właśnie dlatego tak bardzo go kochano. Za to, że pokazał, iż nawet z więziennej celi można wejść na najwyższy stopień olimpijskiego podium, jeśli tylko ma się wiarę i ludzi, którzy w ciebie wierzą.

Jego dziedzictwo w Bielsku-Białej, gdzie spędził większość życia, oraz w całej Polsce, pozostanie żywe. Kluby bokserskie, młodzi adepci pięściarstwa, wszyscy oni czerpią z legendy „Kaspr”. Dziś, gdy żegnamy Mistrza, warto przypomnieć sobie słowa Papy Stamma z narożnika w Tokio. One są uniwersalne nie tylko w sporcie: gdy boli, gdy wydaje się, że nie dasz rady – walcz tym, co ci zostało. Walcz do końca.

Świat boksu pogrążył się w ciszy po ostatnim gongu dla Mariana Kasprzyka. Ale ten gong nie oznacza końca walki – oznacza początek legendy, która będzie trwać tak długo, jak długo w Polsce ktoś będzie zakładał rękawice bokserskie. Żegnaj, Mistrzu. Twoja walka jest skończona, ale pamięć o niej pozostanie niepokonana.

Udostępnij