Odszedł Gigant Kina. Nie żyje Robert Duvall, laureat Oscara i legenda „Ojca Chrzestnego”

Świat filmu pożegnał jednego z najwybitniejszych aktorów w historii. Robert Duvall, niezapomniany Tom Hagen z "Ojca Chrzestnego" i podpułkownik Kilgore z "Czasu Apokalipsy", zmarł w wieku 95 lat.

Odszedł Gigant Kina. Nie żyje Robert Duvall, laureat Oscara i legenda "Ojca Chrzestnego"

Koniec pewnej epoki w Hollywood. W wieku 95 lat zmarł Robert Duvall, aktor totalny, którego powściągliwość, magnetyzm i niezwykła wszechstronność zdefiniowały amerykańskie kino drugiej połowy XX wieku. Od Toma Hagena w „Ojcu Chrzestnym” po ekscentrycznego podpułkownika w „Czasie Apokalipsy” – jego role stały się fundamentem współczesnej sztuki filmowej. Serwis TopFlop.pl składa hołd artyście, który przez siedem dekad udowadniał, że wielkość nie wymaga krzyku, lecz prawdy.

Informacja o śmierci aktora wstrząsnęła środowiskiem filmowym na całym świecie, choć biorąc pod uwagę sędziwy wiek artysty, była to wiadomość, której wielu się obawiało. Jak informuje dziennik Le Monde, Robert Duvall zmarł 16 lutego 2026 roku. Odszedł w spokoju, pozostawiając po sobie dorobek, który dla młodych adeptów sztuki aktorskiej stanowił i będzie stanowić niedościgniony wzór rzemiosła.

Konsigliere, który skradł show

Dla masowej publiczności twarz Roberta Duvalla na zawsze pozostanie twarzą Toma Hagena. Rola adoptowanego syna Dona Corleone i consigliere rodziny w „Ojcu Chrzestnym” Francisa Forda Coppoli była majstersztykiem minimalizmu. W otoczeniu ekspresyjnych kreacji Marlona Brando, Jamesa Caana czy Ala Pacino, Duvall musiał znaleźć sposób na zaistnienie jako „ten inny” – jedyny nie-Sycylijczyk w ścisłym kręgu władzy, głos rozsądku w świecie chaosu.

Jego Tom Hagen był uosobieniem lojalności i chłodnej kalkulacji. Duvall grał tę postać cicho, często operując jedynie spojrzeniem lub subtelną zmianą tonu głosu. Scena, w której informuje Toma Hagena o konieczności „załatwienia sprawy” z producentem filmowym Jackiem Woltzem, czy moment, w którym musi przekazać wiadomość o śmierci Sonny’ego, to absolutne wyżyny aktorstwa. Za tę rolę otrzymał nominację do Oscara, ale co ważniejsze – zyskał nieśmiertelność w panteonie kina. Co ciekawe, Duvall wielokrotnie podkreślał, że choć jest dumny z „Ojca Chrzestnego”, nie chciał być zakładnikiem jednej roli. Historia pokazała, że udało mu się tego uniknąć w spektakularny sposób.

„Lubię zapach napalmu o poranku”

Jeśli Tom Hagen był wodą, to podpułkownik Bill Kilgore z „Czasu Apokalipsy” był ogniem. Rola w kolejnym dziele Coppoli trwała na ekranie zaledwie kilkanaście minut, a jednak wystarczyła, by Duvall stworzył jedną z najbardziej ikonicznych postaci w historii kina wojennego. Jego Kilgore – szalony dowódca, który surfuje podczas bombardowania i wygłasza słynny monolog o zapachu napalmu – to studium wojennej psychozy podanej w formie groteskowej brawury.

Za tę drugoplanową kreację Duvall otrzymał kolejną nominację do Oscara i Złoty Glob. To właśnie ten kontrast między wycofanym prawnikiem mafii a ekstrawertycznym oficerem kawalerii powietrznej najlepiej definiuje zakres umiejętności Duvalla. Potrafił on zniknąć w postaci, zmienić się nie do poznania, nie używając przy tym tanich chwytów charakteryzatorskich, a jedynie operując wewnętrzną energią i postawą ciała.

Droga na szczyt: Od współlokatora Hoffmana do gwiazdy

Zanim Robert Duvall stał się legendą, przeszedł długą i wyboistą drogę. Urodzony w 1931 roku w San Diego, w rodzinie o tradycjach wojskowych (jego ojciec był admirałem), początkowo nie planował kariery aktorskiej. Po służbie w armii trafił jednak do Nowego Jorku, gdzie studiował pod okiem legendarnego Sanforda Meisnera w Neighborhood Playhouse.

To właśnie w Nowym Jorku lat 50. Duvall dzielił mieszkanie z dwoma innymi, wówczas nikomu nieznanymi aktorami: Dustinem Hoffmanem i Gene’em Hackmanem. Ta trójka przyjaciół, wspierając się nawzajem w walce o pierwsze role i wiążąc koniec z końcem, po latach zdominowała Hollywood, stając się symbolem nowego, realistycznego aktorstwa. Duvall zadebiutował na dużym ekranie w roli Boo Radleya w „Zabić drozda” (1962). Była to rola niema, ale niezwykle znacząca. Jego postać, tajemniczy sąsiad, który ostatecznie ratuje dzieci, wymagała ogromnej wrażliwości. Już wtedy widać było, że kamera kocha jego twarz.

Upragniony Oscar i „Pod czułą kontrolą”

Mimo wielu wybitnych ról w latach 70., na najważniejszą nagrodę przemysłu filmowego Duvall musiał czekać do 1983 roku. Oscara dla Najlepszego Aktora Pierwszoplanowego przyniósł mu film „Pod czułą kontrolą” („Tender Mercies”). Wcielił się w nim w Maca Sledge’a, upadłego gwiazdora muzyki country, który próbuje odbudować swoje życie na teksańskiej prowincji.

W tej roli Duvall sam śpiewał piosenki (muzyka była jego wielką pasją) i stworzył postać niezwykle intymną, kruchą, a zarazem pełną godności. To nie była rola „pod nagrody” – nie było tu wielkich monologów czy spektakularnych transformacji fizycznych. Była za to prawda o człowieku. Akademia doceniła ten autentyzm. „Pod czułą kontrolą” to kwintesencja stylu Duvalla: oszczędnego, skupionego na detalu, głęboko humanistycznego.

Aktor, reżyser, scenarzysta

Robert Duvall nie zadowalał się jedynie odtwarzaniem ról napisanych przez innych. Był twórcą świadomym i zaangażowanym. Jego opus magnum jako reżysera i scenarzysty to bez wątpienia „Apostoł” (1997). Film, nad którym pracował przez lata i który częściowo sfinansował z własnej kieszeni, opowiada historię charyzmatycznego kaznodziei uciekającego przed prawem.

Rola Eulis „Sonny’ego” Deweya przyniosła mu kolejną nominację do Oscara, ale przede wszystkim pokazała jego fascynację amerykańskim Południem, religijnością i skomplikowaną ludzką naturą. Jako reżyser Duvall stawiał na realizm, często zatrudniając naturszczyków i pozwalając na improwizację, co nadawało jego filmom niemal dokumentalny charakter.

Długowieczność i ostatnie lata

Niezwykłą cechą kariery Roberta Duvalla była jej długowieczność i stabilność. W przeciwieństwie do wielu gwiazd swojego pokolenia, które z czasem wycofywały się w cień lub odcinały kupony od dawnej sławy, Duvall pracował niemal do końca, zachowując wysoką formę. Jeszcze w 2014 roku, w wieku 83 lat, otrzymał nominację do Oscara za drugoplanową rolę w filmie „Sędzia”, gdzie partnerował Robertowi Downeyowi Jr.

Jego postać surowego sędziego, zmagającego się z chorobą i trudną relacją z synem, była dowodem na to, że talent Duvalla nie rdzewieje. Nawet w podeszłym wieku potrafił dominować na ekranie, budząc respekt i współczucie jednocześnie. W ostatnich latach pojawiał się również w mniejszych produkcjach, zawsze podnosząc ich rangę swoją obecnością.

Dziedzictwo Roberta Duvalla

Śmierć Roberta Duvalla to moment na refleksję nad kondycją współczesnego kina. Aktor ten reprezentował etos pracy, w którym najważniejsza była wiarygodność postaci, a nie status celebryty. Był „aktorem aktorów” – podziwianym przez kolegów po fachu za warsztat i profesjonalizm.

Jego filmografia to podróż przez gatunki: od westernów („Prawdziwe męstwo”, „Lonesome Dove”), przez dramaty sądowe („Adwokat”), kino sensacyjne („Bullitt”), aż po filmy science-fiction („THX 1138”). W każdym z tych wcieleń był przekonujący. Nigdy nie szarżował, nigdy nie próbował być ważniejszy niż historia, którą opowiadał film.

Duvall zostawia nas z galerią postaci, które są częścią kulturowego DNA. Tom Hagen, Bill Kilgore, Mac Sledge, Gus McCrae – to nie tylko role, to ludzie, których dzięki niemu poznaliśmy. W wywiadach często powtarzał, że aktorstwo to dla niego „szukanie prawdy w zmyślonych okolicznościach”. Patrząc na jego dorobek, trudno oprzeć się wrażeniu, że tę prawdę znajdował częściej i precyzyjniej niż ktokolwiek inny.

Robert Duvall odszedł, ale jego głos – ten spokojny, stanowczy, a czasem przerażający głos – wciąż będzie wybrzmiewał z ekranów kin i telewizorów. Jego wkład w kinematografię jest pomnikiem trwalszym niż spiż. Żegnaj, Mistrzu. Dziękujemy za każdą sekundę prawdy.

Udostępnij