Wypadki górskie od zawsze wstrząsają opinią publiczną, jednak szczególny wymiar przybierają wtedy, gdy ofiarami stają się osoby o ponadprzeciętnym doświadczeniu i ogromnej wiedzy na temat zimowego poruszania się w terenie wysokogórskim. Redakcja portalu topflop.pl nieustannie monitoruje sytuację związaną z bezpieczeństwem na szlakach, analizując mechanizmy najpoważniejszych zdarzeń, aby dostarczać czytelnikom rzetelnej wiedzy i przestróg przed potęgą żywiołu. Środowe popołudnie, 25 lutego 2026 roku, zapisało się w historii Tatr jako jeden z najczarniejszych dni tego sezonu zimowego. W słowackiej części gór zginęło dwóch Polaków, których pasja i umiejętności zdawały się gwarantować bezpieczny powrót do domu.
- Środowe popołudnie, które zmieniło wszystko
- Kim były ofiary tatrzańskiego żywiołu?
- Ostatnie relacje i ostrzeżenia przed wejściem na szlak
- Reakcja świadków i rola czeskich skialpinistów
- Błyskawiczna mobilizacja służb i lotniczego pogotowia
- Dramatyczna walka o życie pod śniegiem
- Znaczenie „lawinowego ABC” i jego ograniczenia
- Trzeci stopień zagrożenia lawinowego w praktyce
Środowe popołudnie, które zmieniło wszystko
Dramat rozegrał się w godzinach popołudniowych w rejonie Doliny Mięguszowieckiej (Mengusovská dolina), w bezpośrednim sąsiedztwie niebieskiego szlaku turystycznego. Dolina ta, uznawana za jedną z najbardziej malowniczych, ale i wymagających pod względem nawigacyjnym przestrzeni tatrzańskich, stała się areną bezlitosnej walki o ludzkie życie. Ogromna lawina śnieżna zeszła z głębokiego żlebu opadającego z Popradzkiej Grani, niosąc ze sobą tony ciężkiego, niestabilnego śniegu.
Dynamika zejścia lawiny była błyskawiczna. Masy białego puchu uderzyły z ogromną siłą, porywając dwóch wspinających się tam mężczyzn. Z relacji świadków wynika, że turyści znaleźli się w samym centrum lawiniska, co całkowicie pozbawiło ich szans na ucieczkę czy schronienie się za naturalnymi przeszkodami. Sytuacja od pierwszych sekund była krytyczna, a czas grał kluczową rolę w kontekście szans na przeżycie.
Kim były ofiary tatrzańskiego żywiołu?
W pierwszych godzinach po wypadku służby nie podawały tożsamości zmarłych. Dzisiaj wiadomo już, że ofiarami są 31-letni oraz 41-letni Polacy. Jak przekazuje informacja ze źródła, zmarli mężczyźni byli niezwykle doświadczonymi skialpinistami oraz freeriderami. Środowisko górskie zidentyfikowało ich jako Alego Olszańskiego, znanego instruktora splitboardu, oraz Marka Patolę.
Obaj mężczyźni niemal całe swoje życie związali z górami. Olszański był postacią szeroko rozpoznawalną w polskim środowisku freeride’owym. Miał za sobą zjazdy w najbardziej ekstremalnych i niebezpiecznych miejscach w Europie, w tym ze szczytu Mont Blanc. Jego profil w mediach społecznościowych był pełen relacji z trudnych technicznie wypraw. Co znamienne, zaledwie trzy lata wcześniej Olszański cudem uniknął śmierci, gdy porwała go lawina podczas zjazdu z Rysów. Uratowało go wtedy ogromne doświadczenie oraz prawidłowo odpalony plecak lawinowy. Środowa tragedia udowadnia, że góry nigdy nie faworyzują nikogo, niezależnie od liczby spędzonych w nich godzin czy posiadanych certyfikatów.
Ostatnie relacje i ostrzeżenia przed wejściem na szlak
Szczególnego tragizmu całej sytuacji dodaje fakt, że mężczyźni doskonale zdawali sobie sprawę z panujących warunków. Na kilka godzin przed tragicznym w skutkach zdarzeniem, około godziny 10:00 w środę, Ali Olszański publikował relacje na platformie Instagram ze swojego wyjścia w wyższe partie gór. W swoich nagraniach mówił: „Dolina Mięguszowiecka – moja ulubiona. Tutaj z chłopców rodzą się mężczyźni”.
Z jego relacji wynikało, że zespół został poproszony przez polskie służby o zbadanie konkretnych wystaw górskich w celu oceny realnego zagrożenia lawinowego na miejscu. Olszański wprost komunikował swoim odbiorcom, że podejście i zjazd będą ekstremalnie trudne. Wskazywał na bardzo sypki, świeży śnieg naniesiony przez wiatr, określając wyprawę mianem „nie lada wyzwania”. To dowodzi, że ofiary nie były przypadkowymi turystami, lecz ekspertami dokonującymi precyzyjnej analizy ryzyka, które ostatecznie okazało się niemożliwe do pełnego oszacowania.
Reakcja świadków i rola czeskich skialpinistów
Kluczowym elementem każdej lawinowej akcji ratunkowej są pierwsze minuty. Zejście mas śniegu z Popradzkiej Grani zaobserwowały dwie grupy przebywające w okolicy. Pierwsi świadkowie, którymi byli inni Polacy, natychmiast zgłosili zdarzenie. Niestety, nie posiadali oni przy sobie detektorów lawinowych ani sprzętu umożliwiającego sondowanie terenu, przez co ich rola ograniczyła się do wezwania pomocy i bezradnego obserwowania tragedii.
Zupełnie inaczej sytuacja wyglądała w przypadku drugiej grupy, z którą skrzyżowały się losy zmarłych. Było to pięciu czeskich skialpinistów, którzy schodzili Doliną Mięguszowiecką. Czesi dysponowali pełnym wyposażeniem lawinowym, powszechnie określanym jako „lawinowe ABC” – mieli detektory, sondy oraz łopatki. Błyskawicznie zainicjowali oni profesjonalną akcję poszukiwawczą na lawinisku. Wykorzystali również oficjalną aplikację ratunkową, która automatycznie wysłała dokładne współrzędne GPS do centrali operacyjnej Horskiej Zachrannej Służby (HZS), co zaoszczędziło ratownikom cennych minut na lokalizację zdarzenia.
Błyskawiczna mobilizacja służb i lotniczego pogotowia
Reakcja słowackich służb ratowniczych była natychmiastowa. HZS nawiązała współpracę z zespołem lotniczego pogotowia ratunkowego Air-Transport Europe. Ze stacji bazowej w Starym Smokowcu błyskawicznie wystartował śmigłowiec, na pokładzie którego znajdował się wyspecjalizowany ratownik górski, przewodnik z psem szkolonym do poszukiwań lawinowych oraz lekarz.
Latanie śmigłowcem w wysokich Tatrach w warunkach zimowych, przy wciąż niestabilnej pokrywie śnieżnej, to operacja na granicy ludzkich możliwości. Pilot musiał bezpiecznie zdesantować zespół w pobliżu lawiniska, nie wywołując swoimi wirnikami kolejnych zsuwów śnieżnych. Akcja była prowadzona pod ogromną presją czasu, ponieważ po 15 minutach przebywania pod śniegiem szanse zasypanego na przeżycie drastycznie spadają w wyniku asfiksji (uduszenia) oraz narastającej hipotermii.
Dramatyczna walka o życie pod śniegiem
Jeszcze przed przylotem śmigłowca, heroiczne wysiłki czeskich skialpinistów przyniosły pierwszy rezultat. Używając swoich detektorów, zlokalizowali, a następnie odkopali spod warstwy śniegu 41-letniego mężczyznę. Natychmiast przystąpiono do resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Mimo dołączenia do akcji wykwalifikowanego lekarza i ratowników z powietrza, życia starszego z mężczyzn nie udało się uratować.
Równolegle, w trakcie transportu kolejnych zespołów ratowniczych na miejsce zdarzenia, przy pomocy detektora zlokalizowano 31-latka. Został on wydobyty z głębokich warstw śniegu, jednak jak poinformowała później HZS, doznał on niezwykle rozległych obrażeń mechanicznych. Śnieg poruszający się z prędkością kilkudziesięciu lub nawet ponad stu kilometrów na godzinę niesie ze sobą ogromną siłę miażdżącą. Mimo długotrwałej i intensywnej reanimacji, również i on zmarł na miejscu.
Znaczenie „lawinowego ABC” i jego ograniczenia
Wypadek ten dobitnie obala mit, że pełne wyposażenie lawinowe jest absolutnym gwarantem przeżycia. Zmarli mężczyźni byli doskonale wyposażeni, a w ich pobliżu znajdował się wykwalifikowany zespół czeski, który niemal natychmiast podjął prawidłowe działania. W górach wysokich decydującą rolę odgrywa jednak sama siła uderzenia masy śnieżnej oraz głębokość zasypania.
Detektor pozwala na zlokalizowanie ofiary, sonda na potwierdzenie jej ułożenia, a łopata na sprawne odkopanie, co w teorii ma zapobiec śmierci przez uduszenie. Niestety, w przypadku lawin o ogromnej sile kinetycznej, główną przyczyną zgonów stają się urazy wielonarządowe. Uderzenie o skały, lód lub drzewa uwięzione w masie śniegu powoduje obrażenia, którym nie jest w stanie zapobiec żaden sprzęt.
Trzeci stopień zagrożenia lawinowego w praktyce
W dniu tragedii w całych Tatrach, zarówno po polskiej, jak i słowackiej stronie, obowiązywał trzeci, znaczny stopień zagrożenia lawinowego. Choć w pięciostopniowej skali jest to „zaledwie” środek, w praktyce oznacza on sytuację niezwykle niebezpieczną, wymagającą ogromnego doświadczenia w planowaniu tras. Przy trzecim stopniu pokrywa śnieżna na stromych stokach jest związana umiarkowanie bądź słabo.
Ostatnie dni lutego przyniosły w Tatrach gwałtowne zmiany pogodowe. Dodatnie temperatury i odwilż w dolnych partiach gór, połączone z opadami sypkiego śniegu i silnym wiatrem na graniach, stworzyły tzw. „deski śnieżne”. W takich warunkach wyzwolenie lawiny jest możliwe nawet przy niewielkim obciążeniu dodatkowym, a do tragedii może dojść na skutek samego przejścia pojedynczego narciarza czy turysty. Komunikaty ratowników wprost wskazywały na występowanie lawin samoistnych, co stanowiło kategoryczne ostrzeżenie przed opuszczaniem wyznaczonych, bezpiecznych stref.
Środowe wydarzenia z Doliny Mięguszowieckiej stanowią brutalną lekcję pokory dla całej społeczności miłośników gór. Straty tak doświadczonych postaci to bolesny cios dla środowiska skialpinistycznego. Tragedia ta podkreśla, że góry w warunkach zimowych funkcjonują według własnych, bezwzględnych praw fizyki, niezależnych od ludzkich kompetencji. Eksperci ds. bezpieczeństwa lawinowego z pewnością będą wnikliwie analizować mechanikę tego wypadku przez kolejne sezony. Dla wszystkich, którzy planują zimowe wyjścia na szlak, los dwóch niezwykle wprawionych alpinistów pozostanie najważniejszym przypomnieniem – w starciu z potęgą zimowych Tatr ostateczny głos zawsze należy do natury, a najmądrzejszą decyzją często bywa ta o rezygnacji z wejścia w strefę ryzyka.