W świecie wielkiej nauki panuje przekonanie, że pewne rzeczy są zarezerwowane tylko dla gigantów dysponujących budżetami rzędu miliardów dolarów. Śledzenie obiektu, który znajduje się ponad 25 miliardów kilometrów od Ziemi i nadaje z mocą, która ledwo wystarczyłaby do zasilenia żarówki w lodówce, powinno być zadaniem wykonalnym wyłącznie dla NASA i jej potężnej sieci Deep Space Network. A jednak, grupa pasjonatów z Holandii udowodniła właśnie, że granice niemożliwego są po to, by je przesuwać. Portal topflop.pl przygląda się temu niezwykłemu osiągnięciu, które łączy w sobie nostalgię za erą podboju kosmosu z najnowocześniejszą technologią cyfrową.
Dwingeloo: Dawna chwała w nowej odsłonie
Bohaterem tej historii nie jest nowoczesne obserwatorium na szczycie andyjskiego wulkanu, lecz weteran radioastronomii – teleskop w Dwingeloo. Oddany do użytku w 1956 roku, przez krótki czas dzierżył tytuł największego tego typu urządzenia na świecie. Dziś, zamiast rdzewieć na złomowisku historii, przeżywa drugą młodość dzięki fundacji CAMRAS i grupie oddanych wolontariuszy.
To właśnie tutaj Thomas Telkamp, współzałożyciel firmy Lacuna Space i wolontariusz w obserwatorium, postanowił rzucić wyzwanie prawom fizyki. Zadanie było karkołomne: wyłowić sygnał radiowy sondy Voyager 1 z kosmicznego szumu tła. Trudność polegała nie tylko na odległości. Niedawne problemy techniczne sondy zmusiły inżynierów NASA do przełączenia jej na zapasowy nadajnik, który ostatni raz był aktywny w 1981 roku. Jak donosi Focus.pl, sukces Holendrów to nie tylko kwestia „przystawienia ucha” do nieba, ale przede wszystkim triumf zaawansowanej inżynierii programistycznej.
Igła w stogu kosmicznego siana
Aby zrozumieć skalę tego wyczynu, musimy uświadomić sobie, z czym mierzył się zespół z Dwingeloo. Voyager 1 znajduje się obecnie w przestrzeni międzygwiezdnej. Sygnał radiowy wysłany z jego anteny potrzebuje niemal całej doby (dokładnie ponad 22,5 godziny), by dotrzeć do naszej planety. W momencie, gdy fale radiowe uderzają w czaszę teleskopu, są one niewyobrażalnie słabe.
Dla NASA, która dysponuje 70-metrowymi antenami rozmieszczonymi w Madrycie, Kalifornii i Australii, odbiór ten jest rutyną (choć coraz trudniejszą). Dla teleskopu w Dwingeloo, który ma zaledwie 25 metrów średnicy, sygnał Voyagera jest w zasadzie niewidzialny. Jest „przykryty” przez szum termiczny samej aparatury, promieniowanie tła, a nawet zakłócenia cywilizacyjne.
Telkamp i jego zespół zastosowali techniki, które jeszcze dekadę temu byłyby niemożliwe do zrealizowania w warunkach amatorskich. Wykorzystując skomplikowane algorytmy uśredniania sygnału i integracji czasowej, zdołali „wyciągnąć” charakterystyczną falę nośną sondy. To trochę tak, jakby próbować usłyszeć szept konkretnej osoby stojącej na koncercie rockowym – i to stojącej w innym mieście.
Ostatnie tchnienie legendy?
Ten technologiczny sukces ma jednak słodko-gorzki posmak. Voyager 1, wystrzelony w 1977 roku, jest maszyną, która dawno przekroczyła swój termin przydatności. Każdy odebrany bit danych jest cudem. Sonda zasilana jest przez radioizotopowe generatory termoelektryczne (RTG), które z każdym rokiem produkują coraz mniej energii.
W 2026 roku inżynierowie NASA muszą podejmować dramatyczne decyzje, wyłączając kolejne instrumenty badawcze (w tym grzejniki chroniące elektronikę przed kosmicznym mrozem), by utrzymać przy życiu sam nadajnik i systemy sterowania. Fakt, że amatorzy z Dwingeloo byli w stanie zarejestrować sygnał z zapasowego nadajnika – urządzenia, które milczało przez ponad 40 lat – świadczy o niesamowitej jakości wykonania sondy z lat 70., ale też przypomina nam o nieuchronnym końcu.
Co nam mówi ten sygnał?
Wyczyn holenderskich pasjonatów to coś więcej niż tylko wpis do CV. To niezależne potwierdzenie, że najdalszy wysłannik ludzkości wciąż „żyje”. W epoce, gdy komunikacja z sondami kosmicznymi jest zdominowana przez agencje rządowe, istnienie niezależnych grup zdolnych do weryfikacji danych z głębokiego kosmosu jest bezcenne.
Dwingeloo pokazuje też demokratyzację kosmosu. Dzięki postępowi w dziedzinie oprogramowania (SDR – Software Defined Radio) i mocy obliczeniowej komputerów, granica między „amatorem” a „profesjonalistą” zaciera się. Choć nie mogą oni wysyłać rozkazów do sondy, mogą pełnić rolę strażników jej dziedzictwa, nasłuchując jej obecności nawet wtedy, gdy oficjalne wsparcie misji zostanie kiedyś wygaszone.
Voyager 1 w końcu zamilknie. Kiedy poziom energii spadnie poniżej krytycznego progu, sonda przestanie orientować swoją antenę w stronę Ziemi. Jej sygnał zniknie w szumie na zawsze. Jednak dopóki to nie nastąpi, każdy taki „nasłuch” jak ten z Holandii jest dowodem na to, że ludzka ciekawość – podobnie jak ta mała sonda – nie zna granic.