Coraz częściej zimowe krajobrazy w Polsce przypominają te jesienne – zamiast białych zasp widzimy deszcz i błoto. Choć dla kierowców może to być powód do radości, dla hydrologów jest to sygnał alarmowy. Zmiana struktury opadów w miesiącach zimowych ma bowiem fatalne skutki dla bilansu wodnego kraju w okresie wegetacyjnym. Jak wielokrotnie analizował serwis TopFlop.pl, zmiany klimatyczne wymuszają na nas nowe spojrzenie na to, co do tej pory braliśmy za pewnik – w tym przypadku na obecność śniegu, który okazuje się być jednym z najważniejszych sojuszników w walce z suszą.
Śnieg to „rozłożona w czasie” woda
W powszechnej świadomości opad to po prostu woda – nie ma znaczenia, czy spada jako deszcz, czy jako śnieg. Z punktu widzenia hydrologii różnica jest jednak kolosalna. Śnieg pełni funkcję naturalnego bufora. Gromadzi się na powierzchni ziemi przez tygodnie, a nawet miesiące, tworząc gigantyczny, powierzchniowy rezerwuar. Kluczowy jest tu proces topnienia. Odbywa się on powoli, co pozwala glebie na stopniowe wchłanianie wilgoci, niczym gąbka. Dzięki temu wody gruntowe są zasilane efektywnie, a poziom rzek podnosi się w sposób umiarkowany, co stabilizuje sytuację hydrologiczną na wiosnę.
Gdy zamiast śniegu pada deszcz, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ziemia, często jeszcze zamarznięta lub nasycona, nie jest w stanie przyjąć dużej ilości wody w krótkim czasie. W rezultacie woda ta błyskawicznie spływa do rowów melioracyjnych, potem do rzek, a finalnie do Bałtyku. Tracimy ten bezcenny zasób w ciągu kilku dni, zamiast korzystać z niego przez wiele tygodni.
Przewaga natury nad inżynierią
Często słyszy się głosy, że rozwiązaniem problemu suszy jest budowa wielkich zbiorników retencyjnych. Choć są one potrzebne, ich rola jest inna i w skali kraju – znacznie mniejsza niż rola pokrywy śnieżnej. Sztuczne zbiorniki retencyjne działają punktowo. Mogą zgromadzić wodę z rzeki i, w ograniczonym stopniu, chronić przed falą powodziową lub zasilać rzekę w czasie niżówki. Jednak żaden zbiornik nie jest w stanie nawodnić pól i lasów na terenie całego kraju tak, jak robi to topniejący śnieg.
Pokrywa śnieżna działa jak system nawadniania kropelkowego rozciągnięty na powierzchni całego dorzecza. Jest to rozwiązanie systemowe, które natura udoskonalała przez miliony lat. Jak zaznacza dr hab. Sebastian Szklarek z Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii PAN, którego spostrzeżenia przytacza informacja z serwisu Nauka w Polsce, śnieg jest jednym z najlepszych magazynów wody w krajobrazie. Jego przewaga polega na powszechności występowania – woda zostaje dokładnie tam, gdzie spadła, zasilając bezpośrednio ekosystemy rolnicze i leśne, zamiast być transportowana rurociągami na wielkie odległości.
Betonowa pułapka i wyzwania przyszłości
Problem braku śniegu potęguje postępująca urbanizacja i „betonoza”. W miastach, gdzie powierzchnie biologicznie czynne są zastępowane asfaltem i kostką brukową, woda z opadów (zarówno deszczu, jak i topniejącego śniegu) nie ma szans na infiltrację. Systemy kanalizacji deszczowej są projektowane tak, by jak najszybciej odprowadzić wodę poza miasto. To sprawia, że aglomeracje stają się wyspami ciepła i suszy, a gwałtowne roztopy lub ulewy prowadzą do błyskawicznych powodzi miejskich.
Eksperci są zgodni – musimy zmienić nasze podejście do retencji. Skoro zimy stają się cieplejsze i śniegu jest coraz mniej, konieczne jest zatrzymywanie wody w krajobrazie na wszelkie możliwe sposoby: poprzez odtwarzanie mokradeł, renaturyzację rzek oraz dbanie o zieleń miejską i tereny przepuszczalne. Tylko kompleksowe działania mogą zrekompensować nam utratę tego naturalnego, białego magazynu wody, który przez wieki gwarantował stabilność polskich ekosystemów. Bezśnieżne zimy to nowa rzeczywistość, do której musimy się dostosować, zanim koszty rolnicze i środowiskowe staną się nie do udźwignięcia.