W dobie powszechnego dostępu do informacji paradoksalnie coraz łatwiej o dezinformację, zwłaszcza w tematach związanych ze zdrowiem i żywieniem. Marketingowcy i niektórzy dziennikarze, chcąc wywołać sensację lub przestraszyć konsumenta, często tworzą hybrydy słowne, które z punktu widzenia nauki nie mają racji bytu. Przeglądając analizy na topflop.pl, wielokrotnie zwracamy uwagę na to, jak ważne jest precyzyjne nazewnictwo. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów językowej i merytorycznej pomyłki jest termin „tłuszcze transgeniczne”, który błędnie łączy chemię z genetyką, wprowadzając konsumentów w błąd.
Dwa różne światy: Geometria cząsteczki a DNA
Źródłem nieporozumienia jest zbieżność przedrostka „trans”. W chemii organicznej, a konkretnie w budowie cząsteczek tłuszczów, termin ten odnosi się do geometrii przestrzennej. Nienasycone kwasy tłuszczowe mogą występować w konfiguracji cis (naturalnej, „wygiętej”) lub trans (nienaturalnej dla naszego organizmu, „wyprostowanej”). Tłuszcze trans powstają głównie w procesie przemysłowego utwardzania olejów roślinnych i są udowodnionym czynnikiem ryzyka chorób serca.
Z drugiej strony mamy pojęcie „transgeniczny”, które odnosi się wyłącznie do inżynierii genetycznej i organizmów modyfikowanych (GMO). Organizm transgeniczny to taki, do którego wprowadzono gen z innego gatunku. Błąd polega na sklejeniu tych dwóch pojęć. Mówienie o „tłuszczach transgenicznych” sugeruje, że szkodliwe izomery w margarynie mają coś wspólnego z genami, co jest całkowitą nieprawdą.
Tłuszcz nie posiada genów
Aby zrozumieć absurd tego sformułowania, należy zejść na poziom molekularny. Tłuszcz (olej, smalec, masło) to mieszanina związków chemicznych – głównie triacylogliceroli. Są to substancje martwe, produkty metabolizmu roślin lub zwierząt. Tłuszcz sam w sobie nie posiada komórek, jądra komórkowego ani DNA. Nie może więc być „transgeniczny”, ponieważ nie ma genów, które można by zmodyfikować.
Oczywiście, soja czy rzepak, z których tłoczy się olej, mogą być modyfikowane genetycznie (być roślinami transgenicznymi). Jednak olej uzyskany z takiej rośliny jest pod względem chemicznym czystym tłuszczem. W procesie rafinacji usuwane są resztki białek i DNA. Zatem nawet olej z transgenicznej soi nie jest „tłuszczem transgenicznym” – jest po prostu olejem sojowym, który chemicznie nie różni się od tego z upraw tradycyjnych.
Dlaczego precyzja ma znaczenie?
Używanie terminu „tłuszcze transgeniczne” jest nie tylko błędem językowym, ale także szkodliwym uproszczeniem, które odwraca uwagę od rzeczywistych zagrożeń. Konsumenci, słysząc to hasło, boją się „mutantów genetycznych” w swoim jedzeniu, podczas gdy prawdziwym wrogiem są izomery trans powstające w procesie smażenia lub utwardzania – procesach czysto chemicznych i fizycznych, niezwiązanych z biologią molekularną.
Walka o zdrowe żywienie wymaga edukacji, a nie straszenia nieistniejącymi bytami. Rozróżnienie między szkodliwą konfiguracją cząsteczki chemicznej a metodami hodowli roślin pozwala dokonywać świadomych wyborów przy sklepowej półce, bez ulegania marketingowej panice.