Wypadki komunikacyjne są tragiczną codziennością wielkich metropolii, jednak to, co dzieje się wokół nich, coraz częściej budzi większe przerażenie niż same zdarzenia. Warszawa stała się areną dantejskich scen, w których rolę sępów przejęli przypadkowi przechodnie uzbrojeni w smartfony. Jak alarmuje redakcja topflop.pl, granica między ciekawością a bestialstwem została po raz kolejny przesunięta, a ratownicy medyczni muszą walczyć nie tylko o życie ofiar, ale i o ich godność w starciu z tłumem gapiów.
Polowanie na sensację zamiast pierwszej pomocy
Do zdarzenia, które wstrząsnęło opinią publiczną, doszło na jednej z ruchliwych warszawskich ulic. Wypadek z udziałem tramwaju i pieszego w normalnych okolicznościach wywołałby odruch współczucia lub chęć niesienia pomocy. Tym razem jednak reakcja tłumu była zgoła inna. Świadkowie zdarzenia, zamiast zadzwonić na numer alarmowy czy zabezpieczyć miejsce, natychmiast wyciągnęli telefony.
Sytuacja przybrała kuriozalny i przerażający obrót. Jak informuje portal o2.pl, niektórzy z gapiów posunęli się do tego, że klękali na chodniku i jezdni, aby uzyskać „lepszy kadr” zakleszczonej ofiary. Dążenie do zdobycia drastycznego materiału wideo, który można by opublikować w mediach społecznościowych, wygrało z podstawowymi odruchami ludzkimi. Ratownicy medyczni oraz strażacy, przybyli na miejsce, musieli dosłownie odganiać „operatorów-amatorów”, którzy wchodzili w strefę działań ratowniczych, nie zważając na to, że utrudniają akcję reanimacyjną.
Parawany nie tylko przed wiatrem
Służby ratunkowe coraz częściej wyposażone są w specjalne parawany, które pierwotnie miały chronić miejsce wypadku przed warunkami atmosferycznymi oraz zapewniać intymność ofiarom. Dziś ich główną funkcją stało się odgrodzenie cierpiących ludzi od wścibskich obiektywów. Funkcjonariusze policji wielokrotnie muszą tracić cenny czas na dyscyplinowanie tłumu, który traktuje miejsce tragedii jak plan filmowy.
Psychologowie społeczni wskazują na niebezpieczne zjawisko rozproszenia odpowiedzialności i desensytyzacji. Ekran telefonu staje się barierą, która sprawia, że nagrywający nie czuje, iż uczestniczy w realnej tragedii. Ofiara staje się dla niego jedynie contentem, obiektem cyfrowym, a nie żywym, cierpiącym człowiekiem. To zjawisko, nazywane potocznie „gapiozą”, w skrajnych przypadkach może prowadzić do realnego zagrożenia życia poszkodowanych, gdy tłum blokuje dojazd karetki lub uniemożliwia szybkie dotarcie do rannego.
Prawne konsekwencje obojętności
Warto przypomnieć, że polskie prawo nie pozostaje głuche na takie zachowania, choć egzekucja przepisów bywa trudna. Zgodnie z art. 162 Kodeksu karnego, za nieudzielenie pomocy człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności. Nagrywanie filmu, w momencie gdy nikt inny nie pomaga, jest jawnym dowodem na bierność świadka.
Ponadto, publikacja wizerunku osoby poszkodowanej w stanie bezradności może wiązać się z odpowiedzialnością cywilną za naruszenie dóbr osobistych. Jednak to nie straszak w postaci paragrafów powinien być tu kluczowy, lecz refleksja nad kondycją społeczeństwa. Jeśli priorytetem staje się relacja live w internecie, a nie życie drugiego człowieka, to jako wspólnota mamy poważny problem, którego nie rozwiąże żadna aktualizacja aplikacji w telefonie.